Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta ideę państw-miast składających się na starożytną Grecję.

Struktura skłądała się z kilku miast, a każde sanowiło odrębne państwo. Wydaje mi się, że prounijna władza państwa w RP zmierza do takiego właśnie rozwiązania. Przez lata, począwszy od decyzji za okrągłym korytem, widzimy likwidację porzątkowo przemysłu terenowego, potem wszystkiego, co poza Warszawą i tak powoli ograniczamy się do idei państwa ograniczonego do jednego miasta, które wolne jest od przemysłu, które nie ma dostępu do morza, gdzie nie ma potrzeby utrzymywania komunikacji miejskiej ani żadnych urzędów, sądów czy też szkół. Ot, taki powrót do korzeni znanych z historii. Chyba tylko dlatego, że jakby historycy tworzyli administrację współczesnego państwa a z uwagi na wiek podjęcia się działalności politycznej, edukację zakończyli wkrótce po rozpoczęciu się pierwszych wykładów.

 

Trzydzieści lat tej polityki pozwala na wysnucie wniosku, że na tym poprzestali. Tworzą państwo-miasto, taką „zieloną wyspę” oddaloną od innych państw „zjednoczonej Europy”, takiego wyimaginowanego tworu Unii – pojawiającej się i znikającej niczym fatamorgana, która ciągle daje jakieś nadzieje, ale po dotarciu do nich okazują się piaskiem pustyni...

 

 

359 560, 11.01.2012, 11.20